gvindroid
Stało się, zaopatrzyłem się w słuchawkę wyposażoną w androida. LG GT540, Android 1.6. Wiocha, nie?
Ze smartfonami mam do czynienia od późnego triasu. Jeszcze za czasów symbiana i uiq żywo interesowałem się tym tematem, byłem posiadaczem motoroli Accompli, ćwierćkilowej motoroli a925, bawiłem się miliardami systemów, od palma, przez symbiany, na windows ce, pocket pc, mobile kończąc.
Pierwsze informacje o systemie projektowanym przez Gógle przyjąłem ciepło. Ufam góglom. Mają mój numer telefonu, trzymają moje kontakty, mam u nich maila i parę innych rzeczy. Na dobrą sprawę w sieci nie robię nic, czego miałbym się wstydzić, więc nawet jeśli jest jakiś nerd, który bacznie przegląda mój ruch w sieci, niech się dobrze bawi. Mi to nie przeszkadza.
Aktywnie korzystam z Google Calendar. Uwielbiam tę aplikację. Mając smartfon z Win Mobile na pokładzie, w pocie czoła skonfigurowałem synchronizację z Google Calendar. Dobre wykorzystanie PDA wpłynęło fantastycznie na moją organizację czasu i stałem się lepszym człowiekiem. A przynajmniej przestałem zapominać o wielu rzeczach. Chyba na jedno wychodzi.
Android, android, czyli co? Czyli Linux, moi drodzy. A linuksiarz jestem, tym bardziej więc się cieszyłem, że oto będzie fajne zapingwiniarzone urządzenie mobilne.
I patrzyłem, obserwowałem, interesowałem się. Parę wpisów na blogasku Więcka poświęconych Androidowi jeszcze bardziej zaciekawiało. A to informacje o Layar, a to słówko o Google Goggles (serio, nie chce mi się linkować każdej aplikacji), generalnie – co umie Android ponad standard.
Rozmawiałem też z paroma posiadaczami smartfonów z Androidem. Wszyscy niezwykle entuzjastyczni, zadowoleni, na każde pytanie odpowiadają tak, że aż się pragnie wydobyć grosza na telefon z Andkiem (np. zachwalanie HTC Hero poprzez „bateria trzyma w nim minimum tydzień” – aha, chyba w airplane mode). Potem pojawił się Android 2.2 Froyo. Taaak, od razu Froyo się pojawił, taaak. Drogi Czytelniku, przecież nie masz czasu i ochoty czytać moich pomyślunków o każdej wersji Androida, right?
Pojawił się Froyo i pojawiły się problemy. Wszyscy chcieli nowego Androida, ale nie wszyscy mogli. Ale przecież 2.2 brzmi dużo lepiej niż 2.1, prawda? Rozmawiałem z paroma osobami, zadałem proste pytanie: na cholerę ci 2.2? Czym to się różni? Większość odpowiedziała, że nowsze znaczy lepsze, jedna osoba powiedziała, że 2.2 ma lepszego flasha (nie potrafiła uzasadnić, na cholerę jej to). Krótko mówiąc, 80% userów Andka nie odróżni Froyo od Eclaira, (a pewnie i od 1.6, nie wiem jak mu tam) choćby ich w rzyć kopnął. Fanboje od siedmiu boleści na poziomie iFanatyków. Trochę żenujące, ale cóż – Android jest gadżetem. Gadżety to rzeczy, które mamy, a które nie są nam niezbędne do życia.
No i mam mojego GT540 z Androidem 1.6. I, szczerze mówiąc, nie czuję parcia na to, żeby aktualizować go do 2.1 czy do czegokolwiek innego. Mam parę fajnych aplikacji (a nie miliony, z których i tak nie skorzystam), kartę pamięci na zdjęcia i inne odchody, dużo pożytecznego hardware (jak to w smartfonach) i potężne usability. Smartfon to przedmiot, który ma mi ułatwić nie tylko komunikację, ale także zwiększyć komfort życia poprzez znalezienie mi najbliższego bankomatu i przypomnienie, kiedy wyjąć kota z mikrofali. Oczywiście, Windows Mobile też umie. I parę innych systemów też. Ale mój LG kosztował mnie niecałe 450 zł. A Twój ajfon trzy gie es?
Tagi: android, felieton